Pamiętam, jak to się zaczęło u mnie. A zaczęło się od jogi, na której ktoś wspomniał o Ajurwedzie i sposobie życia, który służy temu, żeby czuć się w pełni sobą. 

Ajur… co?  – pomyślałam. Nigdy dotąd nie słyszałam tego słowa. W moim umyśle nie łączyło się z kompletnie z niczym.

Czuję, jakby to było w poprzednim życiu

To wszystko wydarzyło się w moim “poprzednim życiu” – zazwyczaj tak je nazywam, bo było zupełnie inne niż to, którym żyję teraz. Pełne stresu, skoków adrenaliny, presji czasu. Ciągłych wyjazdów, bez regularnego rytmu.

W tym wszystkim wykonywałam pracę, która dawała mi ogrom satysfakcji: pomagałam innym w wykorzystywaniu wewnętrznego potencjału. Jeździłam po całej Polsce, szerząc podczas dwudniowych treningów idee, z którymi utożsamiałam się do cna.

Po intensywnym sezonie szkoleniowym przychodził czas na jeszcze intensywniejszy sezon przygotowywania wydarzenia na kilka tysięcy osób. Pracy co niemiara, a rąk do pracy zawsze za mało. Patrzyłam na moje koleżanki z zespołu i zastanawiałam się jak one to robią, że mają siłę. Co ze mną nie tak? Skoro one dają radę to przecież ja też dam, prawda?

Po powrocie do domu padałam wyczerpana na łóżko, a nadmiar napięcia niwelowałam wieczorną pizzą i słodyczami.

Aż przyszedł taki moment…

Pamiętam, że po paru miesiącach intensywnej pracy, udało mi się w końcu znaleźć siłę na wieczorną randkę z mężem.

Dawno Cię nie widziałem. – powiedział.

Jak to dawno mnie nie widziałeś, przecież codziennie wracam po pracy do domu… – pomyślałam.

A potem zrozumiałam. To był pierwszy wieczór od kilku miesięcy, gdy pozwoliłam sobie na odpoczynek. Na bycie tu i teraz. Na uśmiech. Tak, dawno takiej mnie nie widział.

To był jeden z pierwszych sygnałów. Kolejne przyszły z ciała i posypały się ciurkiem: depresyjne nastroje, bóle kręgosłupa, ciągłe przeziębienia. Byłam chronicznie przemęczona.

Aż w końcu przyszedł ten moment. Roczna rozmowa, podsumowująca moją pracę.

Chcesz z nami nadal pracować?

Nie. – odparłam krótko, zaskoczona własną odpowiedzią. Usta mówiły prawdę, choć umysł jeszcze się z nią nie oswoił.

Bałam się co dalej. Ale dalej nie było nic. Dosłownie.

Zrobiłam sobie po prostu kilka miesięcy urlopu od życia. Spałam tak długo jak chciałam, chodziłam na spacery, gdy miałam na to ochotę, a gdy nie miałam to nie robiłam nic.

Tak pięknych wakacji nigdy nie miałam.

To wtedy odkryłam jogę i przyjrzałam się na nowo swojemu ciału. Naładowałam na nowo baterie i zastanawiałam się jak znów ich nie zatracić. I tak trafiłam na Ajurwedę – instrukcję obsługi człowieka. Wiedzę o tym, jak żyć w zgodzie ze sobą. 

Po cichu zaklinałam rzeczywistość, żeby wskazała mi drogę. I najchętniej nauczycielkę, która chwyci mnie za rękę i pokaże jak nie zboczyć z kursu.

 

I jak mam się w tym wszystkim odnaleźć?

Zaczęłam przeszukiwać internet, żeby dowiedzieć się coś więcej… i dowiedziałam się aż za dużo!

Natłok różnych informacji całkiem mnie przytłoczył, a ich liczba wydawała się nie mieć końca. I do tego każda wydawała się z całkiem innej bajki:

– Pamiętaj o porannej rutynie! (… którą każdy opisywał nieco inaczej),

– Warto wprowadzić do swoich posiłków 6 smaków! (… czasem nie mam pomysłu na obiad, a co dopiero sześciosmakowy),

– Jesteś Vatą, Pittą, czy Kaphą? Poznaj swoją doszę! (… dopiero co usłyszałam po raz pierwszy słowo “Ajurweda”, a tu kolejne 4 słowa, które słyszę po raz pierwszy),

Ajurwedyjski zegar dla zielonych! (… to czas też muszę teraz przestawić?)

Uch… pamiętam, że moje zaciekawienie mieszało się z całkowitym zdezorientowaniem. Czułam, że moja dotychczasowa wiedza stanęła na głowie (czyli zrobiła Sirsasanę), ale nie do końca czułam, co się z tym wiąże.

Pojedyncze strzępki informacji wydawały się wyrwane z kontekstu i nie do końca jasne, ale nie potrafiłam tego złożyć w jedną całość, która miałaby ręce i nogi. 

Ilość wiedzy mnie przytłoczyła. Ale było w niej coś, co sprawiało, że chciałam więcej. Zatopiłam się w teorii. Zanim przyszedł czas na praktykę musiałam ją dokładnie wybadać i obwąchać. Czy na pewno warto? Czy to jest to, czego szukałam? 

Zrywów już miałam sporo

Wcześniej miewałam już zrywy – minimalizmem, ideą slow life, mindfulness, przelotne romanse z różnymi stylami jogi… 

Minimalizm pomógł mi odgracić przestrzeń, zmienić relację z przedmiotami i odciążyć umysł. 

Slow life pomogło mi zwolnić, przewartościować priorytety.

Mindfulness nauczyło mnie inaczej patrzeć na rzeczywistość i na własne myśli.

A w międzyczasie, studiowanie psychologii przez pięć lat pokazało mi jak przeszłość wpływa na przyszłość i jak mylne jest patrzenie na człowieka z perspektywy tylko jednego aspektu. 

Ale ciągle czegoś mi tu brakowało. Koncepcji spajającej wszystko, co do tej pory wiedziałam i czułam. Myślenia, które łączy umysł, ciało i duchowość, zamiast jeden z tych elementów stawiać na piedestale. 

Podejścia, któremu przyświeca przekonanie, że każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny, a nie wrzucany do jednej z szufladek, z której wychodzi z przyklejoną etykietką. 

Teraz patrzyłam na dotychczasowe doświadczenia z powątpiewaniem. To wszystko było tylko skrawkiem. Przeczuwałam, że jest coś więcej.

I wtedy weszła ona – cała na biało…

Poznanie Ajurwedy było dla mnie momentem, kiedy wszystko zaczęło się od nowa. 

Zaczęłam się uczyć i… nauki nie było końca: przerabiałam i książki, i kursy, i warsztaty, i podcasty. Po drodze odkryłam, że Ajurweda to złożona koncepcja, która jest prosta… ale zarazem niełatwa. Przydaje się na niej dobry przewodnik.

Gdy już ją zrozumiesz, potrafi zauroczyć prostotą i tym, że możesz ją przenieść w każdą sferę swojego życia: zarówno tą widzialną, jak i tą, której nie widać gołym okiem. 

Jednak jej złożoność sprawia, że potrzebujesz czasu. Na to, żeby ją poznać, a potem na to, żeby ją przetestować. Dopasować do tego, jak żyjesz i na jakim etapie jesteś.

Tego nie da się przyspieszyć, ani przeskoczyć. Jeżeli tylko czytasz – będziesz świetnym czytaczem. Teoretykiem. A teoria ma jedną, znaczącą wadę – nie zmieni Twojego życia.

Dopiero działanie ma tę moc, która zaprowadzi Cię tam, gdzie chcesz dotrzeć naprawdę. 

A jeśli masz chęć przeczytać coś jeszcze…